Zegar bez kukułki

„Dawno, a może nie tak dawno temu” w liceum, opiekowałem się wraz z dwoma kolegami, radiowęzłem szkolnym. Jeden kolega zajmował się muzyką, drugi „kolega spiker”  o talencie dziennikarza, „słowem”, ja zaś znający elektronikę i elektroakustykę, postrzegany jako ktoś w rodzaju  „wariat-naukowiec-konstruktor”, zajmowałem się całą „techniką”. Zresztą w tym pięknym dla mnie okresie, naprawdę konstruowałem wzmacniacze lampowe (tranzystory mocy były wtedy zbyt drogie).

Kiedyś sprawdzajac wiązki kabli od głosnikow, biegnące z każdej klasy i korytarzy, podłączone do dużej tablicy z wyłącznikami
( można było osobno włączać każdy głośnik) zauważyłem jeden dziwny kabeł dwużyłowy. Kabel  wychodził gdzieś ze ściany, przechodził przez kostę ze śrubkami, potem przebiegał zawijasami w kablach od głośników i opuszczał radiowęzeł innym przepustem kablowym.

Ten jeden kabel nie dawał mi spokoju. Sprawdziłem próbnikiem na „kostce” czy nie ma napięcia sieci 220V. Nie było więc wiadomo do czego służy. Nawet jeśli jest coś do niczego to kiedyś było do czegoś. (Taką mądrość przekazał mi mój dziadek w podeszłym wieku). A może jednak do czegoś. Najlepiej się przekonać co się stanie rozłączając kostkę.
Nie musiałem długo czekać, gdyż usłyszałem jak rozpoczęcie następnej lekcji obwieszcza sekretarka, dzwoniąc ręcznym dzwonkiem.
Ależ to proste, zegar o specjalnej konstrukcji (mechaniczny z wielkim kołem w którym obsadzone były kołki) sterował dzwonkami elektrycznymi w całej szkole. Kabel szedł z sekretariatu do szafy instalacyjnej, która była z drugiej strony radiowęzła. Szybko połączyłem przewody i zapomniałem o sprawie.

Mijały dni. Szkolne życie zawsze obfituje w niespodzianki.
Taką niespodzianką okazał się Dyrektor pojawiający się przed ósma przy głównym wejściu do szkoły i zapisujący wszystkich tych którzy
przekraczali próg po dzwonku. Lista była bardzo, bardzo długa. Statystyka spóźnień okazała była przerażająca.
Uczeń to taka istota która stara się wywalczyć sobie jak najwięcej praw, swobody i luzu.
Wygodniej jest pospać sobie dłużej i potem dojadając śniadanie, zawiązując trampki w biegu, wpaść w ostatniej chwili do szkoły.
Dyrekcja zwołała samorząd szkolny, samorząd szkolny zaczął prowadzić rozmowy z samorządami klasowymi co tu zrobić.
Wychowawcy zaczęli straszyć „dostępnymi środkami wychowawczymi”.
Statystyka się nie poprawiała.
Ta cześć „gaussa”,  która była po drugiej stronie godziny 8.00. nie zmniejszała się w istotny sposób.

Cóż; trzeba zastosować technologię. Gdyby dzwonek dzwonił troche później to spory kawałek „gaussa” by wpadł bezboleśnie do szkoły.
Przestawianie zegara, nie wchodziło w rachubę gdyż sekretarka ustawiała wskazówki zegara dokładnie i chyba poprawiała go codziennie.
Jednak gdyby dostać się do koła programujacego w zegarze to może by się dało coś zrobić.
Wyczekałem na 6 lub 7 lekcję i wyłączyłem dzwonki.
Wyszedłem na korytarz, gdy sekretarka potężnym dzwonkiem z jeszcze potężniejszą rękojeścia robiła procesję po piętrach.
Ucieszyła się na mój widok i poprosiła o pomoc.
Jako „wariat-naukowiec-konstruktor” byłem chyba dobrze postrzegany przez grono i nawet chętnie korzystali z mojej pomocy.
Więc uzyskałem „man in midle” i mogłem się zająć zegarem.
Koło programujące było duże i posiadalo144 otworów na obwodzie odpowiadających odcinkom 5 minutowych.
Godziny znaczone co 12 otworów miały krechę więc odpadło przestawienie o 5 minut.
Ponadto 5 minut to za dużo (szybko by się zorientowali), mnie chodzilo o 30 sekund.
Jednak zauważyłem że kołek włożony w tarcze naciska mikrowyłącznik w pewnej odległości od tarczy.
Gdybym go wygiął trochę do tyłu kołek włożony w otwór odpowiadajacy ósmej,  to mimo dobrze nastawionego zegara,
dzwonek zadzwonił trochę później.
Tak też zrobiłem i poinformowałem sekretarkę, że styki były zabrudzone.

Na drugi dzień rano, mając dokładnie ustawiony zegarek, wyczekiwałem o której zadzwoni dzwonek, wyginałem wszak kołek na oślep.
Czekam 30 sekund i nic, czekam 45 sekund i nic. Dopiero po 1minucie  i 20 sekundach zadzwonił dzwonek.
Byłem przerażony że się zorientują.
Przez tydzień nikt się nie zorientował (widocznie nauczycielom też się poprawił komfort) i przez następne kilka lat też nie, aż do czasu zastąpienia tego rozwiązania zegarem elektronicznym.

Cóż, jedna minuta snu jest dla młodego człowieka jest cenniejsza niż jedna minuta edukacji. Nie zapomnijmy to pomnożyć przez ilość uczniów.
Sukces polegał na tym ze nikt o tym nie wiedział.
Przewodniczący Samorządu szkolnego odebrał pochwałę od Dyrektora za pomysł wręczania nagród książkowych, tym którzy nigdy sie nie spóźnią.
Przyczyniłem się też mimochodem do rozwoju czytelnictwa jak i również do zwiększonych wydatków na książki.

Reklamy

Rybka jako towarzysz podróży

Mała wykuta żelazna rybka, schowana w ceramicznym garnku na statku lub w zawiniątku „za pazuchą”, prowadziła podróżnika. Była dla podróżnika czymś w rodzaju małego żuczka – towarzysza wędrówki. Czasem trudno było ustalić kierunki świata z powodu mocno zachmurzonego nieba (zwłaszcza w nocy, albo na podstawie słońca nie znając dokładnie pory dnia. Z pomocą wtedy przychodziła ta, mała (jak pół palca) żelazna rybka. Wykuta była tak, by pod niedużą wypukłością w środku mieścił się pęcherzyk powietrza. Można było po napełnieniu naczynia, umieścić rybkę na powierzchni wody. Wystarczyło poczekać dłuższa chwilę. Rybka powoli, powoli obracała się i po dłuższym czasie przyjmowała stabilne położenie. Wtedy to pyszczkiem wskazywała południe.

Toż to kompas powie ktoś. Tak to jest stary chiński kompas. Dużo wcześniejszy niż chińskie kompasy z 12 wieku (być może nawet od 2 wieku p.n.e.). Sami robiliśmy podobne. Namagnesowana igła umieszczona na styropianie w salaterce wypełnionej wodą. Jednak igłę mogliśmy namagnesować mając do dyspozycji inny magnes stały.

Czytaj dalej Rybka jako towarzysz podróży

Nitka (fragmenty)

Opieram łokcie na stoliku, dotykam ręka grzbietu, potem koła. Chłodny metalowy obły kształt, powycierana farba, maszyna do szycia. Zapomniany dotyk.

W tym dawno nie odwiedzanym mieszkaniu babci, usiadłem bezwiednie przy maszynie do szycia. Teraz po pogrzebie czekając na siostrę, rozglądam się po obszernej kuchni. Dzieciństwo spędziłem tu i trochę młodości. Potem przenieśliśmy się z rodzicami do własnego domu. Nowy dom był w pobliżu, więc i tak spędzałem tu też sporo czasu. Wszystkie kąty są mi znane. Zapewne tam w rogu, pod stołem jest jeszcze wydłubana dziura z której wyjadałem tynk. (-)

Jako małe dziecko szczególnym zainteresowaniem darzyłem maszynę do szycia. Dziwne cudo na stoliku z żelaznymi nogami wydawało chrzest i furkot gdy babcia zasiadała do szycia. Później odkryłem, że cała energia pochodzi od umiejętnego naciskania nogami chybotliwej płyty, która napędza koło, a to koło przez skórzany rzemień całe to wspomniane  cudo u góry na stoliku. Przy okazji morze szmat przesuwanych u góry po blacie było traktowane igłą i nitką odwijającą się z zawrotną szybkością ze szpulki na górze maszyny. Płynęły kilometry nitki. (-)

Czytaj dalej Nitka (fragmenty)

Co mogą myszy

Było to jeszcze w czasach gdy komputery nie posiadały tak masowo gniazd USB, ani gniazd na inne karty pamięci, nie były też wyposażane w interface ethernet. Stosowane systemy operacyjne w tych czasach to DOS(R), Windows3.11(R) lub ewentualnie nowoczesny Windows95(R).

Był późny wieczór, a w zasadzie noc około pierwszej, gdy siedziałem w knajpie pijąc n-tą kawę. Prawdziwe duchy nie straszą o północy, tylko tak o pierwszej lub trochę później. Te które straszą o północy to zwykła „komercha”.

Właśnie o takiej porze pojawił się mieszkający nieopodal znajomy. Ujrzał mnie i powiedział „RATUNKU”. Jako pracownik pewnej redakcji miał „przerzucić” kilkusetstronicowy tekst do recenzji z notebooka na swój komputer. Właściciel notebooka, pracownik pewnego zagranicznego (Polak) wydawnictwa musiał lada chwila wyjechać. Dokładniej za godzinę miał przyjechać po niego kierowca i zawieźć go do Warszawy na Okęcie.

Czytaj dalej Co mogą myszy

Co ma wspólnego koliber z kolcem dzikiej róży

Na początku lat siedemdziesiątych, będąc dociekliwym uczniem podstawówki trafiłem na kolibra. Właściwie to na Kolibra, bo chodziło o odbiornik  turystyczny, a nie o małą ptaszynę. Odbiornik był uszkodzony i poważnie zniszczony, zaryzykowałem więc próbę naprawy, mimo tego, że byłem dopiero nowicjuszem z tej branży. Pamiętam, że największe wrażenie zrobiły na mnie umieszczone w gąszczu innych elementów, piękne jasnozielone, przypominające szersze kapelusiki i węższe cylinderki, elementy o trzech wyprowadzeniach.

Były to tranzystory polskiej produkcji, z nadrukiem producenta TEWA, takie jak TG40, TG37, TG39, TG5, TG50. Wcześniej znałem je jedynie z opisów, gdyż „doświadczenia” prowadziłem na „radzieckich” tranzystorach Pi401.

Czytaj dalej Co ma wspólnego koliber z kolcem dzikiej róży